2017-07-29

TRZY PROMYKI W NUDNYM ŻYCIU /seri(al)owo/

Hej,
Postanowiłam wreszcie napisać kilka słów o serii stworzonej przez Kim Holden, która opowiada niesamowitą historię życia Kate i jej przyjaciół. Cudo!

PROMYCZEK

Pierwsza część, do której nie byłam przekonana w ogóle. Zachwyty słyszane w okolicach majowej premiery, usuwałam ze swojego umysłu. Przecież to książka nie dla mnie. Co ja w niej znajdę ciekawego? Trwałam tak kilka miesięcy. Dopiero zmuszona przez Wiktorię otwarłam książkę i już na pierwszej stronie przepadłam. Sama się zastanawiam dlaczego tak długo zwlekałam. Przecież wielkość książki nie powinna mnie przestraszyć, czytałam grubsze i większe. Emocje jakie mnie otoczyły w czasie czytania tej książki tworzyły swoistą powłokę chroniącą mnie przed zewnętrznym światem. Czas się zatrzymał, a ja w mgnieniu oka skończyłam całość. Załamana, zdruzgotana, otwierałam książkę w przypadkowych miejscach i czytałam ponownie. Jak można w taki sposób poprowadzić akcję? Nie zdradzając, żadnych szczegółów, podjąć z początku tylko ogólniki, by w najmniej spodziewanym momencie zaskoczyć informacjami, które są straszne. Jednak "Promyczek" to także wiele radosnych i zabawnych chwil.  Sam tytuł. Promyczek. Światło. Radość. Uśmiech. Pijąc czarną kawę zawsze się uśmiechała. Ucząc się, potrafiła znaleźć czas dla każdego. Co poszło nie tak?

GUS 

Apogeum załamania. Dosłownie. Strata najbliżej osoby wypełniała chłopaka długo, długo po jej odejściu. Myślałam, że czytając drugi tom znowu będę mogła się cieszyć. Skoro Kim Holden stworzyła pozytywną pierwszą część, druga będzie podobna pod tym względem. Niestety nie, musiałam przeżyć ten trudny okres razem z Gusem, pokonać każdy etap, powoli i sumiennie. Jednak każda chmura kiedyś ustąpi miejsca promykom słońca, prawda? Takim sposobem Gus i jego zespół, który przemierzał świat w swojej trasie koncertowej, potrafił rozweselić czytelnika. Jako grupa przyjaciół często mieli wybuchy głupawki albo ciekawe przygody, nigdy nie było nudno. Gdy na horyzoncie pojawiła się Skautka, z równie tajemniczą przeszłością jak większość bohaterów, akcja zaczęła pędzić, a po chwili pojawiło się zakończenie. I co teraz? Koniec? Nie, trzeci tom! Na szczęście!

FRANCO

Czekałam, czekałam, naprawdę bardzo cierpliwie czekałam. Jednak gdy ujrzałam trzeci tom, który był o wiele za cienką książką, moja wytrwałość się skończyła. Sięgnęłam po książkę i przeczytałam ją w jeden wieczór, bo nie mogłam się powstrzymać. Znowu dostałam wiele humoru, nietuzinkowy romans i wiele przyjaźni. Wszystko na co czekałam tylko w okrojonej wersji.  Chociaż sto stron więcej (nie wiem o czym, ale Kim Holden mogłaby coś wymyślić), by móc się bardziej cieszyć i dłużej czytać. Ogólnie książka przypadła mi do gustu, zawierała historię dorosłych już osób, więc pożegnaliśmy nastoletnie lata bohaterów.  Całość była żywsza i oryginalna. Pojawiło się wiele innych problemów, znajomości i emocji.
Franco, czyli główny bohater w mojej wyobraźni nigdy nie miał jednakowego wyglądu. Raz był wysoki, potem umięśniony albo łysy. Nie potrafiłam tego połączyć w jeden obraz, więc za każdym razem Franco był innym Frankiem. 

Tak oto zakończyłam przygodę z tą serią. A może rozpoczęłam? Idę czytać "Gusa"!

Jak wasze wrażenia po tej serii?
 Piszcie!

2017-07-27

ENGLISH MATTERS /opinia

Hej,
Kolejny raz chciałabym przedstawić Wam trochę informacji ze świata języka angielskiego. Wydawnictwo Colorful Media w najnowszym wydaniu najwięcej miejsca poświęca liczbom.

What's Your Number

Pierwsza myśl: na lekcjach angielskiego się nie liczy! Niby co uczeń ma rachować? Litery?
Następna bardziej błyskotliwa: przecież w każdym języku się liczy! Ale jak w angielskim?
I pustka.
Na szczęście teraz już wszystko naprawione, informacje na swoim miejscu. Myślę, że kiedyś mi się przydadzą. W artykule pokazane są poprawne sposoby czytania ułamków oraz określenia używane do rzeczowników policzalnych i niepoliczalnych, czyli prawie największej trudności z językiem angielskim. Czy można policzyć cukier lub spodnie? (pyta humanista humanistę)



Rub a Dub

Tutaj natomiast jest śmiesznie. Wiele gier językowych oraz zwrotów związanych ze słowami z kategorii "woda", które tak naprawdę rzadko oznaczają wodę. Ale namieszałam - po prostu idiomy. Liczne dialogi, scenki, a nawet wypisane zwroty pomagają zrozumieć zawiłości w języku angielskim. I czujemy się jak ryba w wodzie!

Summer Party Destinations 

Z kolei ten artykuł zaprasza nas na niekończącą się imprezę. Wyspy takie jak Ibiza czy Majorka są każdemu dobrze znane z wakacyjnego odpoczynku, dyskotek i luksusu. Autor tekstu przybliża te miejsca, wskazując również najważniejsze przedmioty, które warto spakować do walizki.

The Bloody Truth about Blood Suckers 

Ogłaszam uroczyście, że znalazłam nowy serial do obejrzenia, może nawet w te wakacje. "True Blood" jak można się domyślić opowiada historię wampirów żyjących równolegle z ludźmi w swojej własnej społeczności. Brzmi ciekawie, aktorzy też wydają się idealnie pasować do powierzonych ról. Nic tylko oglądać!

Bruno Permanently

Bruno Marsa zna każdy. Każdy słyszał jego piosenki, choćby jedną. Utwory wpadają w ucho, ale też zawierają wiele dodatków ze slangu. English Matters się postarało i wytłumaczyło te zagadnienia, dodając liczne synonimy i zasady gramatyczne.  Przydatne!

Poza tym w numerze 65 znajdziecie:
• Ivanka Trump – the Shadow Princess of Politics
• My Summer Bleisure
• British Food – Not so Bland Anymore!
• The Boston Tea Party
• Making Do with Make and Do
• The Great Wall of Mexico
oraz kilka ćwiczeń ze słownictwa i gramatyki!

Dziękuję wydawnictwu Colorful Media za egzemplarz!

2017-07-25

INDEKS SZCZĘŚCIA JUNIPER LEMON /opinia

Autor: Julie Israel
Tytuł: Indeks szczęścia Juniper Lemon
Tytuł oryginału: Juniper Lemon's Happiness Index
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Data wydania: 5 lipca 2017
Liczba stron: 372
Wydawnictwo: IUVI


OGÓLNIE:

Juniper Lemon stara się wieść dalej życie po śmierci siostry. Jednak już pierwszego dnia szkoły gubi fiszkę z bolesnym wyznaniem, którego nikt nie może zobaczyć. Nikt! Zmuszona przez sytuację wybiera się do kontenerów ze śmieciami na poszukiwanie zaginionego skarbu. W ciągu roku szkolnego bez siostry dziewczyna poznaje grupę osób, ale czy ta relacja na pewno jest szczera?
Dodatkowo Juniper pragnie dowiedzieć się kim jest tajemniczy TY. 
- A jeśli się boję? - szepczę.
- Wszyscy się boimy, Juniper.
Indeks szczęścia Juniper Lemon; Julie Israel; 305

MOJA OPINIA:

Jestem zauroczona. Nie dość, że cudna okładka, wnętrze również zadowalające, ba, zachwycające!
Porównanie autorki do Greena i Nelson to strzał w dziesiątkę. Gdyby połączyć humorystyczne komentarze i barwne emocjonalne opisy, wymieszać i dosypać szczyptę notatek, listów i fiszek powstanie "Indeks szczęścia Juniper Lemon". Nie myślcie jednak, że ta książka to puste odwzorowanie znanych schematów - Julie Israel stworzyła coś całkiem nowego, niezwykłego, wow.

Wśród grupy bohaterów, jaką tworzyli uczniowie i nauczyciele szkoły, łatwo dostrzec kilka postaci, które są szczególnie ważne dla całokształtu "Indeksu szczęścia Juniper Lemon". Stanowią oni grono osób z różnymi wartościami i zainteresowaniami, ale potrafią się porozumieć, widoczna jest między nimi więź. Polubiłam każdego z nich, ale moje serce skradł Brand. Rozrabiający muzyk, który tak naprawdę, pod wszystkimi warstwami ochronnymi i tarczami jest wrażliwym chłopakiem. To odkrycie było niezwykłe, bo okazało się, że pozory tworzone przez Branda latami, mylą. Od razu zapragnęłam poznać jego postać bliżej. Razem z Juniper chciałam go zrozumieć i znaleźć całe to ukryte bogactwo. 
Natomiast Juniper ślepo wierzyła, że istnieje jakiś sposób na odzyskanie siostry. Podjęła kilka nieodpowiednich decyzji, ale mimo to uważam, że została dobrze wykreowana, a to jest najważniejsze. Chciałabym mieć taką przyjaciółkę, naprawdę.

Dialogi prowadzone przez autorkę były magiczne - podobnie jak komentarze i narracja. Można było wyczuć w nich buzujące emocje, co prowadziło do wybuchu śmiechem albo łzami. Wszystko zależało od sytuacji. Kto by wpadł, żeby m&m's wykorzystać jako walutę? Grzebać w śmietniku? To już najwyższy stopień desperacji, ale zabawny jak mało co. Dalej się śmieję, wyobrażając sobie Juni krążącą wokół resztek obiadowych i innych odpadków. Niezapomniane! Jeśli jesteście ciekawi, jest tylko jeden sposób...

Sztuka i muzyka odgrywają w tej książce ogromną rolę. Juniper najczęściej zajmowała się zajęciami plastycznymi, wspominając siostrę. Możemy śledzić jak dziewczyna tworzy dzieła z udziałem znalezionych śmieci. Od razu sztuka nowoczesna (śmietnikowa zarazem) nabiera nowego znaczenia. Zamiast tworzenia rzeźb z butelek plastikowych Lemon organizuje przestrzenie w refleksyjne mapy. Wykorzystuje swoje fiszki "indeksu szczęścia", które nie były nawet głupim pomysłem. Zapisanie wydarzeń z minionego dnia i poddanie ich ocenie, może pomóc nam lepiej poznać siebie - a w tym przypadku Juniper. Tylko nie wyszukujcie tych dodatków wcześniej, bo cała książka może nie być już tak interesująca. Taki mały kawałek papierka, a wszystko zdradza...

Wydanie książki jest dopracowane na najwyższym poziomie. Podział rozdziałów był dla mnie zaskakujący. Spodziewałam się rozdziału pierwszego opatrzonego numerem 1, a nie liczbą 65. Jednak to wszystko ma sens. 
Autorka przygotowała poruszającą opowieść, która jako debiut powinna zajmować jak najwyższe miejsca. Juni i jej historia dołączają do moich ulubionych. Na pewno będę wracać nieraz do przygód w śmietniku albo miłości między bohaterami. Nie ominę żadnej okazji!

"Indeks szczęścia Juniper Lemon" czyta się bardzo szybko, jeden wieczór wystarczy by zrozumieć Juniper Lemon, jej problemy i trudności, a także motywacje. Każdy czytelnik znajdzie płynący morał z tej książki, który warto zapamiętać. 

Dziękuję serdecznie wydawnictwu IUVI za możliwość poznania Juniper Lemon i przeżycia roku wraz z nią. 

2017-07-22

KOCHAJĄC SERIALE /monolog z książką w dłoni

Hejka,
Dziś zapraszam na kolejną część o serialach! Chyba nie myśleliście, że na trzech się skończyło? 
Zresztą na sześciu też nie :)

źródło

SKAM

Serial, który zna każdy.
Serial, który jest krótki.
Serial, który jest wybawieniem po zapracowanym dniu.
"SKAM" opowiada o życiu uczniów w norweskiej szkole. W poszczególnych sezonach akcja skupia się na różnych osobach. Eva, Noora, Isak (on jest przepiękny!), Sana. Poznajemy całą historię, zazwyczaj połączoną z wątkiem miłosnym tylko z jednej perspektywy. Hmm, dla mnie najbardziej romantyczne i optymistyczne były podchody (nie można tego inaczej nazwać) Noory i Wilhelma. Kolejne miejsce zajmuje Isak, bo sprawił, że się wzruszyłam. Naprawdę, w ciągu kilku pierwszych minut odcinka potrafiłam się wzruszyć i trwałam tak do końca. To było bardzo dziwne.
Oprócz szkoły poznajemy też typowe miejsca imprez lub rodziny głównych bohaterów. Jest tak nastoletnio, bez żadnego nacisku z zewnątrz. Wszystkie wydarzenia wydają się spontaniczne i żywe, a przede wszystkim wiarygodne. Problemy poruszane są bliskie każdemu uczniowi, można się z nimi spotkać nawet w swojej szkole.
Chciałabym jeszcze sezon o Chris, bo ona jest genialna! Szkoda, że to już koniec :(
Jedyne czego mi brakuje to muzyki, jakiejkolwiek melodii czy dźwięku w tle. Czasami jest zbyt cicho!


źródło

AnnE

Polski tytuł to jest jeden wielki błąd, wiec go pomińmy.
Historia w serialu zaczęła się identycznie jak w książce. Dworzec, czerwone drogi, cichy Mateusz i gadatliwa Ania. Ten odcinek był w pełni sentymentalny i doskonały. Dosłownie zapierał dech w piersiach. Natomiast kolejne z minimalnymi zmianami również mi przepadły do gustu.
Gilbert i Ania, czyli jak kiedyś pisałam idealny związek. Czekałam na Gilberta. Całe trzy odcinki minęły zanim się pojawił i od razu było wielkie WOW. Gilbert grany przez Lucasa Zumanna był cudny, doskonale pasował do tej roli. A gdy wypowiedział "Marchewka" wszystko zaczęło się rozkręcać.
Pozostali bohaterowie również spełnili moje oczekiwania, emocje były widoczne na ich twarzach, a zachowanie odwzorowywało to co pamiętam z kart książki. Ich charakteryzacja również pokazywała realia epoki.
Całej akcji towarzyszyły niesamowite widoki i krajobrazy. Mimo że chwilę wcześniej wszyscy się spieszyli, następowało nagłe STOP, które pozwalało poskładać wszystkie wydarzenia w jedną całość.
Jedyne co mnie rozczarowało to zakończenie. Nie tego chciałam, ale przynajmniej można czekać na kolejny sezon!


źródło

13 powodów

Najbardziej znany i powszechny serial ostatnich miesięcy. Przygasił nawet trochę sławę "Riverdale", a to już jakiś znak.
Mimo że po każdym odcinku zdarzało mi się trochę ponarzekać, uważam, że warto poznać tę produkcję.
Podstawową sprawą, która wywołała moje oburzenie jest zmiana zachowań, charakterów oraz reakcji bohaterów na zaistniałą sytuację. W książce było inaczej! Wiadomo, spodziewałam się rozwinięcia wątków, nowych elementów, ale nie wyolbrzymienia i zmienienia najważniejszych aspektów - emocji! Jednak skoro zaczęłam, musiałam skończyć...
Aktorzy byli dobrani wzorowo do tej ekranizacji. Szkoła łączyła przedstawicieli wielu ras i narodowości, a każdy z nich w jakiś sposób był zaangażowany w sprawę Hanny Baker. Clay (Dylan Minnette) w swojej nieudolności był czasami nawet słodki :)
Podobnie w kwestii łączenia wspomnień z rzeczywistością. To było dopracowane, w pewnym sensie płynnie przechodziło się pomiędzy tymi dwoma sferami. Usłyszane z kaset nagrania stawały się realniejsze, a przez to ciekawsze.
Odcinków na razie jest 13 i każdy trwa godzinę. Według mnie optymalny czas i ilość. Nie widzę sensu robić kolejnego sezonu, no bo o czym? Poczekam, zobaczę.

Znacie któryś z powyższych seriali? Co sądzicie? 

2017-07-19

KRÓLEWSKA KLATKA /opinia


Autor: Victoria Aveyard
Tytuł: Królewska klatka
Tytuł oryginału: King's Cage
Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko
Cykl: Czerwona Królowa (tom 3)
Data wydania: 24 maja 2017
Liczba stron: 568
Wydawnictwo: Moondrive

Jeśli nie znasz serii, zapraszam na recenzję poprzednich tomów:

Ostrzegam przed obecnością spojlerów!

OGÓLNIE:


Mare pozostaje w niewoli, jest maskotką Mavena. Pozbawiona mocy i znieważona, nie poddaje się, stara się znaleźć drogę ucieczki. Wokół toczą się liczne wojny i spory. W kraju Czerwonych i Srebrnych nic już nie jest pewne. Czy Mare odzyska wolność? 
Nadzieja w sytuacji, gdy nie ma na nią miejsca, jest okrucieństwem.
Victoria Aveyard – Królewska klatka

MOJA OPINIA:

Na odpowiedź na powyższe pytanie trzeba czekać i czekać. Czekać. Czekać. Obracać strony książki. Czekać. Wymyślać alternatywne rozwiązania. Czekać. To naprawdę jest nużące. Jednak z drugiej strony, skoro czekałam półtory roku na otwarcie tej książki, kilka godzin nie powinno być dla mnie problemem. Gdy to odkryłam, czerpałam coraz większą przyjemność z czytania "Królewskiej klatki". Wchłaniałam wydarzenia, zachwycałam się i kibicowałam bohaterom. Musiało im się udać!

Powyższy akapit określa całą książkę, to jedno wielkie oczekiwanie, które prowadzi do kolejnego odliczania dni do premiery czwartego, ostatniego tomu. Teraz czas na trochę szczegółów.

Na pierwszy ogień idzie ogniste rodzeństwo, czyli Maven i Cal. W tej części mogłam bliżej poznać Mavena. Akurat trafiło na księcia, przepraszam, króla, którego niezbyt lubię. Poprzednie części przekonały mnie, że nie znajdę w nim ulubionego bohatera. Ale. Ale każdego trzeba poznać i dać mu szansę. Udało mi się poznać bliżej szalonego Mavena i uważam, że był naprawdę dobrze wykreowany. Nie wiedziałam czego się spodziewać po jego zachowaniu. Był nieokiełznanym (zakochanym) i nieosiągalnym władcą. Lubię to!
Natomiast Cala było za mało. Czekałam na rozwój jego postaci, a gdy nastąpił chciałam to wycofać. Myślę, że jakoś wszystko się wyjaśni... za kilkanaście miesięcy.

Zmiana i rozszerzenie narracji było dobrym i przemyślanym zabiegiem ze strony Victorii Aveyard. Mare, Cameron i Evangeline. Każda bohaterka posiadała inny charakter oraz reprezentowała oddzielną grupę. Tylko jedna cecha je łączyła - troska o rodzinę. Dzięki podzielonej narracji mogłam poznać cały obraz sytuacji w czasie niewoli Mare. Nie było przez to monotonnie, bo śledzi się zarazem dwór i działania Szkarłatnej Gwardii.
Potwory są najbardziej niebezpieczne, gdy się boją.
Victoria Aveyard – Królewska klatka (166)
Właśnie, dwór. Olbrzymie powierzchnie połączone ze sobą, stanowiły dla Mare tajemnicę. Każda nowo odwiedzana sala wywoływała inne odczucia lub przywoływała wspomnienia z pierwszego pobytu na zamku w całkowicie innej roli. Przepych albo prostota. Jako marionetka w rękach Mavena, dziewczyna poznawała też różne osobistości na uroczystościach. Kolejny raz barwnie przedstawiono poszczególne zdolności rodów Srebrnych, a także Nowych.

Mare w "Królewskiej klatce" można określić, jako chodzącą propagandę. Była wykorzystywana do najróżniejszych celów i zagrań politycznych Mavena. Brutalnie zmuszana i wykorzystywana wywołała wiele emocji. Byłam zszokowana dokładnością i precyzją działań króla i jego świty. W kwestii polityki, autorka rozwinęła wątek walki z Lakelandią oraz historyczne dzieje Norty. Sprytnie przekształciła wydarzenia z naszej historii i wplotła w fikcyjny świat. Uważam to za udane!

Wielu narzeka na rozciągłość i przedłużanie w "Królewskiej klatce". Natomiast mi się to niezmiernie podobało. Uwielbiam styl Victorii Aveyard, więc tylko się cieszyłam widząc ponad 500 stron stworzonych z jej słów. Każde zawiłości, pojedyncze wydarzenia, czy wątki były konieczne. Nie chciałam kończyć. Myślę, że i wy nie odpuścicie sobie tej książki! Nie wypada!

Czytaliście? Znacie tę serię?

2017-07-15

KOCHAJĄC SERIALE /monolog z książką w dłoni/

Hej,
Dawno temu pisałam, że obejrzałam wiele serialów. Chyba najwyższy czas trochę to opisać, prawda? 
Jesteście ciekawi?
Zapraszam!
źródło

Confess

Tak wiem, nie musicie mi tego mówić. Najpierw oglądnęłam serial, a teraz planuję czytać książkę. Wiem, że to był błąd, bo mam jeszcze większą ochotę na zasmakowanie stylu Colleen Hoover. Trudno.
Ten serial nie jest jakimś cudem wszechświata, obowiązkowym aspektem życia. Jednak patrząc na Owena wszystko nabiera sensu. Ogólnie historia mi się spodobała. Znowu został poruszony problem, który jest przez większość pomijany. Czytaliście książkę lub oglądaliście serial/film o walce o prawa do opieki nad ukochanym dzieckiem? Właśnie, nie. Colleen jeszcze raz połączyła przeszłość i teraźniejszość. Kolejny raz pojawiło się wszechobecne przeznaczenie. Właśnie za to ją uwielbiam.
Yhh, zeszłam z tematu....
Aktorzy według mnie, pasowali idealnie do swoich ról. Daję im plusa. Szczególnie na niego zasługuje Owen (Ryan Cooper) był  genialny, niesamowity, po prostu WOW.
W serialu pojawiło się wiele humoru, smutku, rozpaczy i miłości.

źródło

Lucyfer

Lucyfer (nikt się nie spodziewał, że będzie uroczym anglikiem) bierze urlop w Piekle i wybiera się na wakacje do Miasta Aniołów. Tam prowadząc klub nocny, odpoczywa, znajduje nowe cele i perspektywy. Stara się również pomagać miejscowej policji by być blisko Pani Detektyw, która jest dla niego nieosiągalna i której nie potrafi całkowicie poznać. Ich relacja jest powiewem świeżości wśród wszystkich schematycznych romansów.
Wątek boski, chyba tak można to nazwać jest bardzo intrygujący. Wydaje się trochę irracjonalny, ale z odcinka na odcinek wszystko powoli się tłumaczy, aż do kolejnego buuum!
Twórcy serialu wpletli do każdego odcinka jakieś morderstwo. To akurat jest doskonały dodatek dla mnie, zagorzałej fanki "Agentów NCIS" oraz "CSI: Kryminalne zagadki".  Kryminalne zawiłości nie zasłaniają jednak najważniejszej części serialu, czyli życia Lucyfera, jego miłostek, intryg oraz problemów.  Diabeł nawet stara się interpretować poszczególne sprawy w stosunku do swojej osoby, w czym pomaga mu doktor Linda Martin.
Jak  można się spodziewać w tym serialu nie brakuje ironii, zabawnych dialogów czy sytuacji.

źródło

Flash

Jak poznaję superbohaterów to wszystkich od razu, co nie?
Arrowa opisuję dokładnie w poszczególnych postach, ale teraz czas na Flasha, czyli Barry'ego Allena.
Jego historia nie zaczyna się od pięciu lat na wyspie tylko od wybuchu akceleratora. Zostaje obdarzony mocą super szybkości. Jednak nie tylko on, więc powstaje wielu metaludzi, z którymi musi się zmierzyć.
Ten serial ma całkowicie inną atmosferę niż Arrow.  Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że tu jest pogodniej i bardziej rodzinnie.
Drużyna Flasha, a szczególnie Cisco (gdy siorbie swoje napoje) przypadła mi do gustu. Ich system pracy był doskonale opracowany.
Doktor Harisson Wells już od pierwszych odcinków był bohaterem krzyczącym, oczywiście w przenośni, zaufajcie mi, a was zniszczę. Coś czuję, że on wywoła wiele erupcji, którym nawet Flash nie będzie mógł zapobiec...
W ogóle obecność kilku równoległych rzeczywistości była genialna. Tam można podróżować! Przenosić się! Istnieje ktoś podobny do nas! Ale czy na pewno?
Miłości w tym serialu nie brakuje, choć Flash jest na nią ślepy. Kiedy dostrzeże to, co jest najbardziej jaskrawe i widoczne?

Oglądacie te seriale? Inne? Piszcie!

2017-07-12

MAYBE SOMEDAY /opinia

Okładka książki Maybe Someday


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Maybe Someday
Tytuł oryginału: Maybe Someday
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cykl: Maybe
Data wydania: 13 maja 2015
Liczba stron:440
Wydawnictwo: Otwarte




OGÓLNIE:

Wszystko zaczęło się od balkonu i prywatnego koncertu...
Sydney w dniu swoich urodzin straciła cały swój dobytek, nie tyle fizyczny, co psychiczny. Nie ma teraz nikogo bliskiego. Jest sama.
Na horyzoncie, a dokładniej na balkonie pojawia się chłopak z gitarą, który ofiaruje jej swoją pomoc równającą się z mieszkaniem. Nie zdradza tylko kilku istotnych spraw...
Wszystko wskazuje na postępujący romans, ale czy na pewno?
Nie cierpię swoich uczuć. I nie cierpię swoich wyrzutów sumienia. Jedne i drugie prowadzą ze sobą ciągłą wojnę, a ja nie jestem pewna, ku czemu powinnam się skłaniać.
Colleen Hoover – Maybe Someday

MOJA OPINIA:

Colleen Hoover to autorka książek, która wszystko zmienia. Z jej powodu przechodzę przez wszystkie stany emocjonalne. Jednak nic nie powstrzymuje mnie od czytania kolejnych książek jej autorstwa. (Nie zaliczając mojej dwumiesięcznej przerwy, kiedy przygotowywałam swoją psychikę na kolejne doznania.)
Niedawno albo dawno, czytałam "Maybe Not", czyli kontynuację lub część historii łączącą się z bohaterami "Maybe Someday". Znając postacie pobieżnie, nie wiedziałam czego dokładnie się spodziewać. Zwariowanej książki czy wyważonej lektury?

Tym razem los skierował mnie w stronę "Maybe Someday". Kolejnej książki, którą będę zachwalać. Wywyższać. Jak możecie się spodziewać dołączę także do osób, które stawiają ją na podium. Gdy ją przeczytacie zrozumiecie, że nie ma innej opcji. To jest autentyczne cudo!

Kolejne rozdziały pisane z perspektyw Ridga i Sydney są wypełnione wieloma sprzecznymi uczuciami. Każda scena stworzona przez Hoover wydaj się być żywa, jakby naturalna. Dodatkowo ważną kwestią jest komunikacja. Uważam, że żeby coś zaistniało musi być choć minimum interakcji. W "Bez słów" Mia Sheridan wprowadziła znajomość języka migowego, a tutaj Colleen Hoover SMS. Rzadko spotykane w książkach wprowadzenie innych form wypowiedzi, urzekło mnie. Czytanie prywatnych rozmów (zapisanych, nie wypowiedzianych) było o wiele bardziej intymne. Przecież pisząc jesteśmy bardziej szczerzy, niż rozmawiając twarzą w twarz. Te wyznania były osobiste i zawierały wiele tajemnic z przeszłości. Naprawdę, czarująco!
(…) Ktoś mi kiedyś powiedział, że cierpienie stanowi doskonałą inspirację. Niestety, miał rację.
Colleen Hoover – Maybe Someday
Następny równie cudowny element "Maybe Someday" to muzyka. Tak można ogólnie określić to, co tworzyli bohaterowie. Muzyka. Poszczególne teksty pisane przez nieszczęśliwie zakochanych biły emocjami. Nawet wyrwane z kontekstu miały siłę. Oczywiście ja, jak to zwykle bywa, najpierw przeczytałam teksty utworów, ich tłumaczenie i zrobiłam swoją własną interpretację, a potem kolejną już wraz z bohaterami. Gdy jesteście ciekawi jak te utwory brzmią zapraszam tutaj.

Teraz czas na chwilę zachwytu (kolejną). Gdy Ridge przychodził do pokoju Sydney z gitarą w ręku od razu wiedziałam, że wydarzy się coś, co zaburzy wszystko do tej pory odczuwalne. Wiele erupcji, wybuchów i ... niechcianej miłości było wspaniałą mieszanką, która wypełniała bohaterów. Nie jestem pewna, kto był bardziej zdruzgotany po chwilach bliskości między postaciami. Czytelnik czy bohaterowie z pod pióra Hoover? 

SPOJLER
Decyzje, które z biegiem czasu podejmował Ridge niezbyt przypadły mi do gustu. Jak można tak postępować? Odtrącać kogoś, kogo serce już wybrało?
Jednak zrehabilitował się w zakończeniu. Oczywiście, jak można się spodziewać, niecodziennymi, magicznymi wyznaniami, które potrafią poruszyć każdego. Czytając je byłam wzruszona jak nigdy.

Kończąc moje zachwyty, czas powiedzieć, że naliczyłam się 9 synonimów "ochów i achów". To chyba szczególnie przekonujący znak, czyż nie?

Czytaliście?

2017-07-09

URODZINY 2 /monolog z książką w dłoni

Hej,
Dziś dla mnie, a szczególnie dla tego bloga ważny dzień. Trzeba go uczcić.

Dwa lata. 
Całe dwa lata w miarę regularnych postów na blogu.  
Recenzji, opowiadań i monologów.
Multum przeczytanych książek, obejrzanych seriali i filmów.
Wiele wspaniałych komentarzy i rozmów.
Dziękuję!

źródło
Codzienne doglądanie tego zakątka było niezmiernie interesującym zajęciem. Pierwszy komentarz cieszył, 150 cieszy, a 2500 także. Coś czuję, że to się nigdy nie zmieni. Dziękuję wam serdecznie za tak wiele miłych słów i własnych opinii, a czasami za krytykę i wskazania błędów. Naprawdę było to pomocne! Kieruję te słowa do wszystkich 176 obserwatorów, a także do każdego z osobna!

Uwielbiam udoskonalać własne posty przed ich opublikowaniem. Często pierwotna recenzja zostaje całkowicie zmodyfikowana. Jednak to nie zmienia faktu, że dalej śmieję się ze swoich tekstów. Czytając recenzję z października albo kwietnia, potrafię wybuchnąć śmiechem, chociaż to było tak niedawno. Nie wydaje mi się, żeby tak szybko zachodziły przemiany w moim umyśle. Inne opinie powodują, że mam ochotę kolejny raz przeczytać daną książkę - np. "Harry Potter i przeklęte dziecko". Niesamowite!

Może teraz trochę statystyk? Nie bójcie się, policzmy tylko do trzech!
  1. Co mnie zmieniło na zawsze /recenzja
  2. New Books - wrzesień
  3. English Matters /recenzja

Tak oto przedstawia się spis najchętniej czytanych postów. Jeśli jeszcze ich nie znacie, warto sprawdzić, co w trawie piszczy :)

Uroczyście wkraczając w kolejny rok blogowania warto sporządzić jakiekolwiek plany. 

Koniec z recenzjami. Zrozumiałam wreszcie, że moje recenzje są odległe od wyobrażenia definicji słowa 'recenzja' zawartego w mojej głowie jak i w słowniku. Wraz z nowym rokiem przybywają OPINIE. Ogólnie, dalej będzie luźno, śmiesznie (albo nie) i subiektywnie.

Poprawa formy. O czas i regularność nie muszę się martwić, ale forma i wygląd posta rzadko spełniają moje oczekiwania. Staram się powoli to zmieniać, dlatego jesteście świadkami różnych prób. Udanych i nieudanych.

Na pewno napiszę 'naprawdę'. Te dwa słowa bardzo, bardzo często pojawiają się na tym blogu. Tylko rzadko udaje mi się pamiętać, które powinno się pisać razem, a które osobno. Nawet teraz sprawdzałam...

Zawieszenie seri(al)owo. Wiecie, to miała być seria, która porwie czytelnika, zachęci do serialu lub serii książkowej. Miało być pięknie, ale pojawił się problem. A nawet kilka. Po pierwsze, nie wiedziałam, co pisać, by zaciekawić, a zarazem niczego nie zdradzić. Po drugie, te posty zyskiwały mały odzew z waszej strony, więc mi tym bardziej się nie podobało. Ostatnią sprawą jest to, że były rzadko, choć w ubiegłych miesiącach chciałam spróbować je rozwinąć, ale jak to bywa... nie wyszło.
(Pojawi się więcej o seriach i serialach w monologach, które osobiście uwielbiam!)

Może Wy posiadacie jakieś pomysły, na coś co chcecie znaleźć na tym blogu. Czekam na propozycje w komentarzach lub na e-mailu!

Na sam koniec chciałabym Wam jeszcze raz serdecznie podziękować za ten rok spędzony ze mną i moimi pomysłami.  Czuję się zaszczycona!


2017-07-08

#wyślijcoś /WYMIANA POCZTÓWKOWA

Hej,
Witam wszystkich! Cieszę się niezmiernie, że dotarliście do tego posta. Dziś chciałabym was serdecznie zaprosić do udziału w wymianie pocztówkowej.
źródło

W erze SMSów i internetu zapominamy o tych cudownych skrawkach papieru, które niosą ze sobą o wiele więcej emocji oraz historii niż rozmowa online. Tak, to właśnie są pocztówki. Kilkanaście lat temu czekało się na kartkę od przyjaciela będącego na wakacjach z rodziną nad morzem lub w górach. A teraz... czas do tego wrócić.
Jeśli jesteście chętni to pomogę!

Warunki, które musicie spełnić są bardzo proste i nie wymagają od Was praktycznie nic.

  1. Posiadanie adresu na terenie Polski.
  2. Posiadanie humoru i chęci do udziału.

Trudne? Nie!

***

Gdy skomentujecie ten post, wyrażając chęć udziału w wymianie to już połowa sukcesu! Wystarczy jeszcze wysłać informacje o sobie, swoim adresie ORAZ ZGODĘ NA PRZEKAZANIE ADRESU WYLOSOWANEJ OSOBIE na e-mail:

zaczytanaja21@gmail.com 

Nie martwcie się, informacje poufne nie będą nigdzie publikowane! 

Po kilku dniach (albo minutach, zależy od wakacyjnego poziomu szczęścia) dostaniecie informację zwrotną, kto jest waszym partnerem. 
Napiszcie kilka słów pozdrowień i ślijcie w świat!

Czas trwania zapisów: 08.07.2017r. - 15.07.2017 r.

Czas na wysłanie pocztówki: do 31.07. 2017 r.  (pamiętajcie o szacunku i nie zapomnijcie o terminie!)

Ktoś chętny?

2017-07-05

KOCHAJĄC PANA DANIELSA /opinia

Autor: Brittainy C. Cherry
Tytuł: Kochając pana Danielsa
Tytuł oryginału: Loving Mr. Daniels
Data wydania: 17 czerwca 2015
Liczba stron:432
Wydawnictwo: Filia

OGÓLNIE:

Wydarzenia w życiu Ashlyn sprawiły, że musiała się przeprowadzić do ojca. W czasie podróży pociągiem poznaje Daniela. Zakochują się już od pierwszego spojrzenia i to dosłownie.
Gdy dziewczyna pierwszy raz wchodzi do nowej szkoły, szokuje ją widok Daniela, a raczej Pana Danielsa. Ups!
Jego tęczówki były intensywnie niebieskie, a spojrzenie pełne zainteresowania. Przez chwilę myślałam, że jego oczy są bramą do innego świata.
Przepiękne.
Zapierające dech w piersiach.
Cudowne.
Niebieskie oczy.
Westchnęłam.
Może rzeczywiście były wrotami do lepszego świata.
Brittainy C. Cherry – Kochając pana Danielsa

MOJA OPINIA:

Zacznijmy od tego, że udało mi się! Przeczytałam pierwszą książkę autorstwa  Brittainy C. Cherry! Bardzo chciałam poznać styl autorki, jej pomysły i historie. Słyszałam wiele dobrych słów i zachwytów na temat... wszystkich jej książek. Bez wyjątku!
Tak jest u większości czytelników, a jak u mnie? Hmm, troszeczkę inaczej. Nie potrafię się tylko zachwycać, bo książka była dla mnie po prostu płytka.

To jest najodpowiedniejsze słowo. Szukałam go długo, by w jakiś sposób przedstawić to, co odczuwam po skończonej lekturze. Miłość pomiędzy bohaterami była opisana szeroko i mieściła się na wszystkich 432 stronach. Jednak wydaje mi się, że nie była ona dosadnie pogłębiona. Nie mogłam poznać całości uczucia tylko małe, niepołączone fragmenty.
Rozumieniem, musieli się z tym ukrywać przed otoczeniem, ale nie przed odbiorcami książki. Nie przed sobą!
Ashlyn i Daniel Daniels stanowiliby idealnie dobraną parę, ale to szkoła ich rozdzielała. Trudno jest się poddać i pozwolić odejść uczuciu, które każdego dnia jest pobudzane na nowo. Spojrzenie, dotyk i słowo rozbijają całą budowaną granicę. Jednak opłaca się czytać o walce bohaterów. Choć jest płytka, prowadzi do znakomitego zakończenia. Nie mogłam sobie wyobrazić lepszych, piękniejszych ostatnich stron książki.

Nowa rodzina, do której Ashlyn weszła niespodziewanie była interesująca. Naprawdę. Znalazło się tam tak wiele osobowości i problemów, że nie mogło być nudno. Mogę nawet powiedzieć, że to nie był zwykły zapychacz, ale równie konieczny jak romans wątek. 

- Czasami zastanawiam się, jak mam zacząć od nowa, wiesz? Jak mam kiedykolwiek być szczęśliwy?
- Zacznij powoli. Pozwól sobie odczuwać każdą cholerną emocję. A kiedy zaczniesz odczuwać szczęście, nie miej wyrzutów sumienia.
Brittainy C. Cherry – Kochając pana Danielsa
Gabby, czyli siostra Ashlyn powierzyła bliźniaczce listę rzeczy do zrobienia. Obowiązkowych czynności i spraw, które trzeba przeżyć by poznać choć namiastkę szczęścia. Ten element niezmiernie mi się podobał, bo w zabieganym świecie ludzi oraz bohaterów fikcyjnych był momentem refleksji. Z listów wylewało się szczęście, które z kolei udzielało się czytelnikom. W niektórych rozdziałach liściki leczyły dziewczynę, a w innych stanowiły tarczę i broń za razem. Miło się je czytało, naprawdę!

Autorka, a szczególnie stworzone przez nią dialogi skradły moje serce. Były doskonale dopracowane, o czym świadczy bogactwo cytatów płynących z wypowiedzi bohaterów. Można je określić jako częściowo dojrzałe (czasami źle wychodzili na podejmowaniu decyzji) i mądre.
Brittainy C. Cherry starała się zawrzeć podstawowe prawdy oraz zasady i przekazać je wszystkim. Udało się! 
Wiele z wypowiedzi mnie poruszyło, ale też znalazło się kilka zabawnych fragmentów i rozmów.

I na sam koniec Szeks, czyli inspiracja i obecność Szekspira. Na początku w mojej głowie pojawiła się krzycząca myśl "ZNOWU?!?", ale gdy inspiracja dramatopisarzem rozwijała się, robiło się ciekawie. W ogóle wszystkie rozdziały rozpoczynały się fragmentem piosenki wzorowanej na jego utworach. Postać Anglika towarzyszyła zakochanym i była zmyślnie wpleciona w całą akcję. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się to spodoba :)

Ostatecznie, czy warto? Z pewnością tak, dla ostatnich stron! 

Czytaliście, zamierzacie?

2017-07-01

TRZEJ MUSZKIETEROWIE /monolog z książką w dłoni/

Hej,
Mój chwytliwy tytuł jest jednym wielkim oszustwem. Kłamstwem, za które już teraz was przepraszam. Jednak musiałam, nie mogłam się powstrzymać, bo te słowa najlepiej opisują to, kim dla mnie są Simon, Simon i Simon. Trzej muszkieterowie stworzeni przez mój umysł. Troszeczkę, odrobinkę podobni.
Przekonajmy się...

Jeszcze jedna uwaga, czytacie na własną odpowiedzialność, bo mogę wam przypadkowo/specjalnie co nieco zdradzić z książek!


Simon z "Darów Anioła"

Nasza przyjaźń, jeśli można tak to nazwać, rozpoczęła się od tego, że zaczęłam czytać tę serię. Pojawił się już na pierwszych stronach i jako taki kujonowaty przyjaciel głównej bohaterki, urzekł mnie. Od razu przeglądnęłam wszystkie sześć książek poszukując jego imienia, żeby mieć pewność, że go nie pominą w późniejszych wydarzeniach.
Jego nieudolność, gdy wkroczył do świata Nocnych Łowców była cudna. Clary zapoznała się z nowymi ludźmi bez najmniejszego problemu, a Simon powoli, krok po kroku starał się wszystko zrozumieć, cały czas zaskakiwany nowymi elementami. Słodko!
Moje wątpliwości o rozwój postaci Simona szybko się rozwiały. Jego życie stało się o wiele ciekawsze niż Clary. Stając się wampirem, stał się bohaterem. A to czego dokonał w ostatniej części, czyli książce pt.:"Miasto niebiańskiego ognia" to było coś niezwykłego. Wstrzymywałam oddech przez większość książki. Jeśli znacie Cassnadrę Clare, wiecie pewnie, że potrafi trzymać czytelnika w niepewności. Wszystko przez to, że prowadząc wątki wielu bohaterów, każdy musi czekać na swoją kolej.
Ogólnie, jestem zadowolona z jego udziału w tej serii, zawsze coś ciekawego działo się w jego pobliżu, a jego wypowiedzi również nie były nudne.
źródło


Simon z "Simon oraz inni homo sapiens"

Obstawiam, że to wszystko przez oreo. Lubię je. Simon je lubi, więc jest coś, co nas łączy.
Cała książka pisana z jego perspektywy była niesamowita. Kolejny Simon z indywidualnym poczuciem humoru, które pomaga zrozumieć całą treść, emocje i przeżycia bohatera. Coraz bardziej podobają mi się narracje pierwszoosobowe!
Historia przedstawiona w książce Becky Albertalli, jest bardzo żywa i pewien sposób bliska wszystkim. Codziennie spotykamy się z różnymi rodzajami miłości, jednak niektóre odmiany cały czas tkwią w ukryciu, bojąc się wyjść do ludzi. To właśnie malutka cząstka ukrytej miłości jest zawarta w tej książce. Uczycie, które zaistniało między Simonem i tajemniczym Blue jest jak bomba, wulkan chwilę przed erupcją. Simon musi walczyć z otoczeniem, oceną ze strony innych ludzi, oskarżeniami. Byłam pewna, że go to przygniecie, że będzie chciał się poddać.
Co jeszcze mogę powiedzieć? Może kilka słów zachęty? Całym sercem zachęcam was do poznania Simona, do wkroczenia do jego świata. Nie będę samolubna, podzielę się z wami, chodźcie!
Wieść głosi, że powstanie film na podstawie tej powieści. Jestem ciekawa, co uda się wydobyć grupie produkcyjnej z tej książki. Poniżej możecie podziwiać przyszłego Simona granego przez Nicka Robinsona!
źródło


Simon z "Nie poddawaj się!"

To już ostatni Simon na dziś. Tego chłopaka stworzyła Rainbow Rowell, a jego zarysy były zawarte już w "Fangirl". Widząc olbrzymią cegłę, która miała w sobie całą historię Simona w magicznej szkole, byłam pewna, że to mi się spodoba. Ponad 500 stron z Simonem, Penelope i Bazem. 
Rozumiem, że ta jedna książka przypomina bardzo, bardzo serię o Harrym Potterze, ale gdybym miała wybierać pomiędzy tymi czarodziejami, to bym... nikogo nie wybrała. 
Wracając do Simona. Polubiłam go (pewnie nikt się nie spodziewał). Mieszkając ze swoim największym wrogiem w świecie Magów, jego życie musiało być interesujące. Szczególnie, że współlokator był wampirem. Ich przygody we wspólnym pokoju, wypełnione czarodziejską mocą walki oraz ironiczne rozmowy były genialne.
Gdy nadeszły święta, nie mogę sobie przypomnieć które, ale święta, wszystko zaczęło przyspieszać. Życie Simona stawało się bardziej emocjonujące, a jego najbliższe otoczenie bogatsze, w sensie uczuciowym. Mimo że autorka stworzyła proste, nieskomplikowane relacje miedzy bohaterami, jestem w pełni zadowolona z końcowego efektu. Aniele, przecież dzięki temu Simon zasłużył, żeby dołączyć do tego zaszczytnego grona!

źródło



Dobra, wiem, mam słabość do Simonów. Cóż zrobić, są zawsze niesamowitymi postaciami!
Znacie innych Simonów - piszcie!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka